Chyba stwierdziłem, że mam już dosyć tej studenckiej biedoty i rzuciłem szkołę, żeby zacząć pracę na pełen etat. Szkoda tylko studenckiego życia... W sierpniu opuściłem mury szkoły i na początku września przeprowadziłem się do Toyohashi. Kilka ostatnich dni w Kyoto spędziłem w hostelu co by nie płacić podwójnie czynszu za wrzesień. Najgorsze jest to, że ostatniego dnia w Kyoto musiałem błąkać się przez kilka godzin po stacji, ponieważ wymeldowanie z hostelu było o godzinie 10 a autobus do Toyohashi miałem o 16:45. Z tego nadmiaru czasu udało mi się zwiedzić świątynie, która znajduje się zaraz przy głównej stacji Kyoto. Jest ogromna i robi na prawdę dobre wrażenie oraz był to dobry sposób na odpoczynek od upału. Jest tam też lina grubości mojej ręki albo nawet i grubsza zrobiona z włosów ochotników (czy jak ich tam nazwać), którzy budowali tę świątynię. Polecam.
To teraz trochę o mojej pracy. Zostałem sushi chefem albo tzw. itamae co oznacza dosłownie "przed deską". Mój pierwszy dzień w pracy polegał w zasadzie na tym, że przez kilka godzin stałem trzymając w ręku kulke ryżu o wadze 16g, moja ręka miała się po prostu nauczyć tego, że jak za każdym razem będę sięgał do pojemnika z ryżem to wyciągnę z niego identyczną kulkę ryżu. Kolejnym krokiem była nauka formowania kulki ( ja wiem, że to nie kulka, ale jakoś nie mam pomysłu jak to nazwać). Nie ma chyba jednej uniwersalnej techniki na to formowanie, bo z tego co zauważyłem to każdy robi to mniej więcej po swojemu. Oczywiście jest kilka elementów wspólnych, ale chyba każdy wypracowuje jakiś swój sposób na to. Obejrzałem nawet specjalnie fragment filmu Jiro śni o sushi aby podpatrzeć jak on to robi i robi to po swojemu. Chyba istnieje jakaś podstawowa technika, którą tenchou (店長,czyli kierownik całej restauracji) pokazał mi na samym początku. Niestety nie pamiętam jej już, miała za dużo niepotrzebnych ruchów. Przecież i tak liczy się tylko efekt końcowy. Przynajmniej tak mi się wydaje.
W pracy całkiem dobrze mi się układa. Zadania, czy nowe rzeczy, których muszę się nauczyć nie przychodzą mi jakoś szczególnie trudno. Najważniejsze, że moi współpracownicy są zadowoleni. Zawsze miałem dobre podejście do pracy, dlatego chyba w Londynie tak dobrze mi szło (i tutaj z resztą też), ale tutaj dobre podejście to za mało. Tutaj trzeba oddać swoje życie pracy. Możliwe, że jest tak tylko w gastronomii, nie mam pojęcia jak to jest w innych firmach, albo tak jest tylko w mojej firmie. Generalnie nadal słyszy się o karoushi, czyli śmierci z przepracowania, więc kto wie jak to jest na prawdę.
Na początku października pojechałem do Yokohamy na delegacje czy szkolenie w ramach Japońskiego Stowarzyszenia Sushi. Okazało się, że mój szef jest jednocześnie prezesem tego stowarzyszenia. Byłem również tam jedynym białasem. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy miałem okazję też zjeść sushi na naprawdę wysokim poziomie i wszystko na koszt firmy, ale o tym szerzej w następnym poście.
Przez ponad miesiąc mieszkał ze mną mój dobry kolega ze studiów. W czasie studiów w sumie za bardzo się nie kolegowaliśmy, ale 3 lata temu spędziliśmy razem niezapomniane dla nas wszystkich wtedy obecnych wakacje w Kyoto. Szkoda, że wtedy nie pisałem bloga, bo na prawdę dużo się działo. Niestety musiał wrócić do Polski a ja przez to zostałem całkiem sam w nowym mieście, którego jeszcze nie zdążyłem poznać i nie prędko będę miał okazję bo japoński system pracy na to nie pozwala. Bynajmniej był to dobry okres dla mnie tutaj w Toyohashi. Codziennie jak tylko skończyłem pracę chodziliśmy gdzieś na kolacje, a w piątki i soboty chodziliśmy na tzw. przez na patrole w okolice głównej stacji, bo jest to niejako centrum miasta. Jak przystało na prowincjonalne miasto, nawet w weekendy się za wiele nie dzieje. Nie jest to coś do czego byliśmy przyzwyczajeni z Kioto, gdzie jest zawsze pełno ludzi do pogadania czy zapoznania. Tutaj po prostu tego jakoś nie ma...
To chyba na tyle w ramach skrótu z ostatnich dwóch albo trzech miesięcy. Miało być isshoukyoto ale nie wyszło... Może kiedyś jeszcze tam wrócę. Na razie mam plan pojechać tam odwiedzić znajomych chociaż na jeden dzień bo tutaj to nawet nie ma z kim się napić... Miało być też biedny student, ale teraz już nie biedny i nie student, tylko przyszły sushi chef. Chyba by wypadało zmienić nazwę bloga, ale to innym razem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz