Pierwszego dnia zaraz po zameldowaniu się w hotelu poszliśmy na obiad. Oczywiście poszliśmy na sushi (trzeba próbować co tam konkurencja ma). Trochę drogo tam było, ale przecież firma płaci, to co się będę przejmował. Sushi było dobre, ale bez szaleństw. Zdziwiłem się, że z takimi cenami mają pełno klientów. Duże miasto to i ceny mogą być wysokie. Następnie pojechaliśmy do innego hotelu, gdzie przez ponad dwie godziny siedzieliśmy i słuchaliśmy jakiś prezentacji odnośnie komponowania menu. Tzn jego wyglądu. Zdziwiłem się trochę na początku, że tak wiele mówili o poprawnym nazywaniu produktów, ale przecież w japońskim jest kilka alfabetów, które można by użyć. Po omówieniu sobie szczegół odnośnie menu, mieliśmy wykład o norowirusach prowadzony przez przedstawicielkę jakiejś spółki wchodzącej w skład Mitsubishi. Wykład był na prawdę nudny, dla mnie wyglądał jak lekcja z biologii. Następnie w hotelowej restauracji mieliśmy wszyscy wspólny obiad. Tym razem dania kuchni chińskiej. Na stolikach była położona okrągła płyta ze szkła, która się obracała. Jest to genialne rozwiązanie, ponieważ kelnerzy stawiali wszystko na szkle, a jak ktoś chciał coś sięgnąć z drugiego końca to wystarczyło tylko obrócić szkło i jedzenie lądowało tuż pod naszym nosem. Oczywiście obiad był bardzo oficjalny, przynajmniej z początku jak jeszcze większość była trzeźwa... Przed samym obiadem na stoliki wleciały piwa, w butelkach i małe szklanki. Zaczęła się ceremonia nalewania sobie nawzajem tego trunku, a zaraz potem pierwszy toast. Dla nie znających tematu, w Japonii nie można polewać sobie samemu. Jest to też pewien wyraz szacunku dla osoby, której uzupełniamy szklankę. Łatwo się pogubić w ilości spożytego alkoholu, bo ciągle ktoś stara się uzupełnić twoją szklankę. Oszukiwanie też nie wchodzi w grę, bo jak ktoś będzie chciał Ci polać a szklanka będzie pełna to uprzednio poprosi Cię o choćby niewielkie upicie. Kolejna wskazówka: w Japonii zawsze (gdy wychodzi się gdzieś w celu oficjalnym czy czasem nawet ze znajomymi) najpierw zamawia się piwo do pierwszego toastu a potem już każdy zamawia co chce. Powód jest prosty, piwo nalewa się szybciej niż jakieś wymyślne drinki. Jak już mieliśmy za sobą pierwszy toast, a jedzenie nadal jakoś nie chciało do nas dotrzeć (pewnie wszystko tak było zaplanowane) wszyscy zaczęli się przedstawiać sobie nawzajem i wymieniać wizytówkami. Wizytówki zawsze wręcza się trzymając obiema rękami skierowaną tak, aby jej odbiorca mógł ją od razu przeczytać bez zbędnego obracania. Jako, że byłem tam jedynym białasem to niestety musiałem poznać tam każdego a szczególnie tych najważniejszych. Biały chyba tutaj ciągle będzie atrakcją... Obiad wraz z całą tą szopką trwał jakieś dwie i pół godziny. Jedzenie było na prawdę wyśmienite i do tego jakaś chińska wódka, która dobrze do tego wszystkiego pasowała. Po wspólnym obiedzie teoretycznie mieliśmy czas dla siebie, ale prawda jest taka, że po takim oficjalnym spotkaniu pełnym formalności i innych przeróżnych zasad, trzeba iść na after party. Poszliśmy do jakiejś chińskiej knajpki (Yokohama podobno słynie z kuchni chińskiej). Dalej picie i jedzenie, chociaż każdy już był zapchany. Tam już bez większych formalności zaczęło się pijaństwo i gadanie a w niektórych przypadkach bełkotanie o wszystkim i o niczym. Na after party prezes spytał się mnie czy wiem co znaczy jakieś słowo, którego już nawet nie pamiętam. Oczywiście odpowiedziałem, że nie mam pojęcia i pierwszy raz je słyszę. Zamiast mi wytłumaczyć co to znaczy bo wtedy może bym zapamiętał to polecił innemu prezesowi jakiejś spółki, żeby mi wytłumaczyć, a ten wstał wypiął się i pokazał mi swój zad. Serio? Do dzisiaj nie wiem co to słowo mogło dokładnie oznaczać i chyba nie chcę wiedzieć. Kiedy już wszyscy mieli dosyć i stwierdzili, że czas się zmywać bo następnego dnia trzeba wcześnie wstać, wróciliśmy do hotelu. Ja jako, że była jeszcze w miarę przyzwoita godzina stwierdziłem, że zapuszczę się trochę sam na jakąś przechadzkę. W końcu był to mój pierwszy raz w Yokohamie i muszę przyznać, że bardzo spodobało mi się to miasto. Tego samego wieczora nad miasto przybłąkał się tajfun, przez który ledwo co wróciłem do hotelu. Nie było lekko przy tak silnym wietrze i dosyć mocnym deszczu. Następnego dnia obudziłem się z przeziębieniem, z którego nie mogłem wyjść przez następne dwa tygodnie...
Tyle na dziś. Plan był opisać całe trzy dni, ale jakoś się chyba za bardzo rozpisałem, a chciałbym jeszcze dzisiaj pójść na jakąś kolację. Dorzucam jeszcze kilka zdjęć z tamtego dnia. Nie za wiele ich jest... Jakość też nie powala, ale....
![]() |
| Stół z obracanym szklanym blatem |








Czekam na opis pozostałych dni. Pierwszy był dość ciekawy. Nawet norowirusy mnie wciągnęły ;-)
OdpowiedzUsuńjuż jest xD pozostał już tylko jeden dzień do opisania... postaram się jak najszybciej to zrobić
Usuń50 yr old Software Test Engineer III Arthur Noddle, hailing from Val Caron enjoys watching movies like "Spiders, Part 2: The Diamond Ship, The (Die Spinnen, 2. Teil - Das Brillantenschiff)" and Urban exploration. Took a trip to Timbuktu and drives a Ferrari 250 LWB California Spider Competizione. sprawdz innych uzytkownikow
OdpowiedzUsuńkancelaria prawna rzeszow kredyty frankowe
OdpowiedzUsuń