Po niemałej przerwie czas napisać kolejny post. Tym razem o tym jak spędziłem święta i Nowy Rok. W sumie to ich nie spędziłem w żaden konkretny sposób i tutaj można by zakończyć, ale coś jednak napisać by wypadało. Jakieś poczucie obowiązku we mnie się budzi jak długo tutaj nie zaglądam.
Zacznę chronologicznie od świąt Bożego Narodzenia. Po pierwsze w Japonii nie obchodzi się tych świąt w takim naszym europejskim pojmowaniu. Tutaj to oczywiście zwykły dzień powszedni i owszem sklepy i miasta są ustrojone jak u nas, ale wszystko ma czysto komercyjne podłoże. Boże Narodzenie "obchodzi" się tutaj 25 grudnia i jest to raczej traktowane jako drugie walentynki. Czas na randkowanie czy spotkania ze znajomymi. Nie ma tutaj rodzinnego wydźwięku tych świąt. Zamiast karpia czy barszczu je się tutaj kubełek z kfc i tort z truskawkami. Ja wiem, że to nie pora na truskawki ale od świąt truskawki można kupić dosłownie wszędzie. Kurczaka z KFC trzeba zamawiać na kilka tygodni szybciej, ale można też kupić podrabianą wersje w supermarketach, co też uczyniłem.
Ludzie tutaj też nie pojmują idei Wigilii Bożego Narodzenia. Dla nas Polaków chyba najważniejszego dnia. Tłumaczyłem znajomym z pracy jak obchodzi się u nas święta i robili na prawdę wielkie oczy ze zdziwienia. Czasem mam wrażenie, że ten naród jest bardzo ograniczony. Chyba nadal mimo wszystko izolują się od świata.
Ja wigilię spędziłem w pracy i to jeszcze godzinę dłużej niż zwykle. Po powrocie urządziłem sobie małą wieczerzę z mandarynkami, wcześniej wspomnianym kurczakiem i odrobioną alkoholu. Później miałem rodzinne spotkanie na Skype. Następny dzień w pracy. Była to niedziela więc nie było łatwo, bo po pierwsze niedziela po drugie święto randkowania. Klientów sporo a ludzi do pracy mało, ponieważ większość licealistów wzięła sobie wolne na ten dzień co by go spędzić z drugą połówką lub ze znajomymi. Najgorzej, ale po pracy i ja spotkałem się ze znajomymi. Poszliśmy razem na yakiniku a potem w zasadzie do rana graliśmy w karty (Dzięki Bro za karty) u mnie na mieszkaniu. Najpierw graliśmy w jakieś japońskie gry, które wydawały mi się trochę dziecinne. Zasady jakieś takie proste i ta gra bardziej przypominała bardziej zabawę niż grę w karty. Później przedstawiłem im makao i wtedy dopiero zaczęła się gra.
Kolejne dni oczywiście w pracy.
31 grudnia dostałem dzień wolny. W życiu bym nie pomyślał, że tego dnia dostanę wolne, ale nasza restauracja tego dnia robiła tylko sushi na wynos, więc nie było potrzeby aby każdy był w pracy. Jako, że dzień wolny to czas na porządki i zakupy a po południu pojechałem do Nagoi zobaczyć się ze swoim starym znajomym. Dostał od żony przepustkę więc mogliśmy sobie pozwolić na mały męski wypad. Chcieliśmy odwiedzić zamek w Nagoi, ale niestety był zamknięty. Poszliśmy, więc zjeść jakiś obiad i potem do baru na jedno piwko a następnie do drugiego na kolejne, po czym się rozstaliśmy. Chyba już nie ten wiek na szaleństwa. Po za tym na drugi dzień do pracy. Po powrocie do Toyohashi japońskim zwyczajem pojechałem ze znajomymi z pracy do świątyni, złożyć pierwszoroczne życzenie. Nie ma tutaj odliczania, fajerwerków i upijania się do białego rana. Jedynie w pubach gdzie zjawiają się obcokrajowcy są organizowane "countdown party". Możliwe, że w Tokio działo się więcej i bardziej hucznie obchodzono Nowy Rok ale nie tutaj na wsi (wielkości Poznania), gdzie nadal tradycja górą.
Nowy Rok jest całkiem ważny dla Japończyków. Świętowanie trwa nawet 4 dni. Te dni spędza się z rodziną i z rodziną wspólnie się zasiada do stołu, a najlepszym daniem do tego typu posiadówek jest oczywiście sushi, które można łatwo podzielić między domowników. Kiedy inni świętują nowy rok, suszarnie w całej Japonii przeżywają chyba największy ruch w ciągu całego roku. Tak sporego ruchu to ja jeszcze chyba nigdy nie widziałem w restauracji. Normalni pracownicy zaczynali pracę już o 4 rano, żeby wszystko przygotować i zrobić chociaż część zamówień na wynos. Restauracja w te dni była zamykana o godzinie 21. Praca bez przerwy i tak przez 3 dni. Ja jako obcokrajowiec jestem trochę bardziej pobłażliwie traktowany i mimo wszystko dostawałem 1,5 godziny przerwy to i tak ograniczałem ją tylko do tego aby coś zjeść i na szybko wypić kawę po czym wracać do członków drużyny, która dosłownie walczyła tam o życie. Dla może szerszego przedstawienia sytuacji opiszę jak to wygląda z mojej perspektywy. W naszej restauracji jest miejsca dla 117 osób. Oczywiście w tym okresie na raz wchodziło znacznie więcej osób, bo np do stolika, który jest wyliczony np dla 6 osób nagle mieściła się cała rodzina (dziadkowie, rodzice, dzieci, wnuki). My sushi chefowie jesteśmy podzieleni na sekcje. Jedna sekcja to np. tuńczyk, łosoś, krewetki, ośmiornica, inna sekcja to ryby białe (w sensie mięso ryby jest białe). Przechodząc do sedna na jednej sekcji jest jeden człowiek, do restauracji przychodzi ponad 100 osób i każdy chce zjeść tuńczyka. Jesteś sam przeciwko stu klientom, którzy czekają na swoje sushi i zaraz zamówią kolejne. Wszystko musisz zrobić sam. Jest to na prawdę trudne zadanie, nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Moja sekcja na której pracowałem w tamte dni ma różne rodzaje kraba, a krab jest jedną z tych rzeczy, które je się na nowy rok (coś jak u nas barszcz czy karp na święta), więc dosłownie każdy klient zamówił krabowe sushi. Po tym maratonie wszyscy byliśmy wykończeni, ale w podzięce prezes zorganizował dla nas imprezę tzw. otsukarekai co można by przetłumaczyć jako spotkanie w celu podziękowania za ciężką pracę. Było to nic innego jak podsumowanie ubiegłego roku i wspólna zabawa. Dostałem nawet dyplom zostania pełnoetatowym pracownikiem firmy.
Podsumowując tutaj święta i Nowy Rok obchodzi się na odwrót niż u nas, gdzie Boże Narodzenie to czas dla rodziny, a Sylwester to czas wspólnej zabawy w gronie znajomych. Ja niestety w tym roku nie poczułem ani świątecznej ani noworocznej atmosfery. Chyba za bardzo zakorzenione mam nasze Polskie standardy. Dla mnie były to jak najbardziej zwykłe dni niczym nie różniące się od innych, no po za tym, że ruch był kilkukrotnie większy.
Wypad do świątyni nagrałem i jakoś zmontowałem więc zamieszczam link
https://www.youtube.com/watch?v=Cj9Hgl36AnY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toyohashi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toyohashi. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 stycznia 2017
niedziela, 26 czerwca 2016
Toyohashi
Toyohashi, miasto położone na północ od Kioto w prefekturze Aichi nad brzegiem oceanu. Można powiedzieć, że jest to japońska prowincja, bo jak na tutejsze warunki mimo, że miasto jest mniej więcej wielkości Poznania to uważane jest bardziej za miasteczko. Nie jest to turystyczne miasto, więc nadal można spotkać się ze zdziwieniem i niedowierzaniem ze strony Japończyków na widok białego, co zawsze jest ciekawym doświadczeniem. Mieszkańcy tego miasta mówią bardziej zrozumiałą wersją japońskiego dla mnie co znacznie ułatwia komunikacje. W Kioto wszyscy używają dialektu Kansai co czasem może sprawiać problem. Jednak dialekt Kansai nie jest tak hardcorowy jak dialekt z Okinawy, którego w ogóle nie rozumiem i dla mnie jest jak zupełnie inny język. To jest chyba największy problem studentów japonistyki. Uczysz się przez kilka lat języka japońskiego i okazuję się że tak na prawdę rozumiesz w pełni tylko ludzi z Tokio i okolic.
Wracając do tematu. Do Toyohashi pojechałem odwiedzić mojego kolegę ze studiów a raczej powinienem powiedzieć senpaia, który aktualnie tam mieszka i pracuje. Jego firma to zwykła agencja pracy, która specjalizuje się w ściąganiu obcokrajowców do pracy w Japonii. Oficjalnie byłem zaproszony przez firmę na rozmowę o pracę, ale tak na prawdę dla mnie był to pretekst do spotkania się kumplem, z którym nie widziałem się już kawałek czasu i napicia się. Transport zapewniała firma, jako że oficjalnie jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. W sumie tylko dlatego się zdecydowałem, w innym wypadku nie miałbym tyle pieniędzy, żeby tam pojechać. W niedzielę po godzinie 22 kiedy skończyłem pracę wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Toyohashi. Po przyjeździe szybki browarek i spać, bo następnego dnia miałem mieć rozmowę kwalifikacyjną. Nie bardzo mi i tak na niej zależało, jako że mój główny cel wycieczki był nieco inny. Poniedziałek rano pobudka, kawa i do samochodu. Na miejscu okazało się, że czeka na nas kilku przedstawicieli firmy i bus z kierowcą. W tym momencie okazało się, że zamiast standardowego przesłuchania, będę miał wycieczkę po wszystkich restauracjach jakie tamta firma posiada a trochę ich jest... W każdej restauracji, manager opowiadał nam o dosłownie wszystkim. Dowiedziałem się nie tylko jak te restauracje funkcjonują ale ile też zarabiają. Zobaczyłem też każdą kuchnie jak wyglądają i jak pracują w nich ludzie, jakich sprzętów używają. wycieczka trwała prawie cały dzień. Na szczęście w jednej restauracji, w której serwują sushi miałem szansę najpierw nauczyć się jak się je robi i zrobić kilka samemu a później razem ze wszystkimi zjeść. Oczywiście wszystko nadal na koszt firmy. Moi przewodnicy nie chwalili mnie, że sushi które zrobiłem wygląda bardzo dobrze i nie chcieli mi uwierzyć, że robiłem to pierwszy raz a ja jako polaczek nie chciałem im uwierzyć w te pochwały. Mniejsza z pochwałami, najważniejsze dla mnie było to że w końcu mogłem coś zjeść bo po całym dniu takiego zwiedzania byłem już na prawdę głodny. Na samym końcu odwiedziłem plac budowy, gdzie powstaje nowe biuro i główna kuchnia, która ma zaopatrywać restauracje w półprodukty. Kiedy wycieczka dobiegła końca myślałem, że już będzie po wszystkim, ale nie... Kolejny punkt programu to obejrzenie prezentacji multimedialnej firmy o tym jak wygląda teraz i jakie są plany na przyszłość. Muszę przyznać, że mają dosyć ambitne plany bo w ciągu najbliższych 4 lat chcą otworzyć coś koło 30 nowych restauracji. Po obejrzeniu filmiku o firmie, przyszedł sam prezes i właściciel firmy, aby zrobić "krótką" przemowę. Nie mówił nic konkretnego o firmie, ale to dobrze bo znowu słychać tego samego... Zrobił coś w stylu mowy motywacyjnej. Czułem się jak na spotkaniu FM Group, przy całym szacunku do nich. Ludzie, którzy mnie znają wiedza, że takie gadki na mnie nie działają i jednocześnie bawią. Możliwe, że to przez to, że lubię wszystko kwestionować. Prezes skończył swoje przemówienie i już miał być koniec wycieczki, kiedy to na ostatni punkt programu przewidziano pokazanie mi bloku mieszkalnego, należącego do firmy. Muszę przyznać, że całkiem dobre mieszkania i w dobrej cenie. Koniec. Nareszcie. Jedziemy z kumplem na ramen, chwila odpoczynku i na miasto się napić. Taki był plan. Prezes postanowił, ten plan nieco zmienić. Podczas gdy jedliśmy ramen dostaliśmy wiadomość, że chce się spotkać z nami w jednej z jego restauracji po to aby wspólnie coś zjeść i się napić, więc jedziemy. Na miejscu byli wszyscy, najważniejsi przedstawiciele firmy i my. Ważne jest kto gdzie siedzi. Podczas kolacji, rozmowy już bardziej luźne ale nadal w okolicach bieznesu jakiego mieliśmy dobić. Popijawa z prezesem skończyła się koło godziny 21, tak więc cały dzień zleciał, nawet nie wiem kiedy...
Do wycieczki dostałem pełno ulotek i folderów odnośnie każdej restauracji i firmy ogólnie oraz gadżet w postaci ręczniczka z tak mi się wydaje hasłem firmy, które po przetłumaczeniu da nam dobrze znane "nie ma rzeczy niemożliwych".
Niestety nie potrafię powiedzieć nic więcej na temat samego miasta, ponieważ cały dzień wyglądał trochę inaczej niż to sobie wyobrażałem. Potraktowana mnie jak potencjalnego partnera biznesowego a nie zwykłego pracownika. Jeśli ktoś będzie kiedyś miał w planach robić interesy z Japończykami to tak to właśnie wygląda. Tak się robi biznes w Japonii.
Na koniec dnia dostałem ofertę pracy. Bardzo korzystną. Po dłuższym przemyśleniu sprawy postanowiłem ją przyjąć. Wczoraj wysłałem wszystkie niezbędne dokumenty do firmy. Teraz musimy (ja i firma) czekać na decyzję urzędu imigracyjnego na przyznanie dla mnie nowej wizy. Już nie studenckiej a pracowniczej. Jak tylko ja dostanę to rzucam szkołę i przeprowadzam się do Toyohashi. Czyżby koniec biedy?
Wracając do tematu. Do Toyohashi pojechałem odwiedzić mojego kolegę ze studiów a raczej powinienem powiedzieć senpaia, który aktualnie tam mieszka i pracuje. Jego firma to zwykła agencja pracy, która specjalizuje się w ściąganiu obcokrajowców do pracy w Japonii. Oficjalnie byłem zaproszony przez firmę na rozmowę o pracę, ale tak na prawdę dla mnie był to pretekst do spotkania się kumplem, z którym nie widziałem się już kawałek czasu i napicia się. Transport zapewniała firma, jako że oficjalnie jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. W sumie tylko dlatego się zdecydowałem, w innym wypadku nie miałbym tyle pieniędzy, żeby tam pojechać. W niedzielę po godzinie 22 kiedy skończyłem pracę wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Toyohashi. Po przyjeździe szybki browarek i spać, bo następnego dnia miałem mieć rozmowę kwalifikacyjną. Nie bardzo mi i tak na niej zależało, jako że mój główny cel wycieczki był nieco inny. Poniedziałek rano pobudka, kawa i do samochodu. Na miejscu okazało się, że czeka na nas kilku przedstawicieli firmy i bus z kierowcą. W tym momencie okazało się, że zamiast standardowego przesłuchania, będę miał wycieczkę po wszystkich restauracjach jakie tamta firma posiada a trochę ich jest... W każdej restauracji, manager opowiadał nam o dosłownie wszystkim. Dowiedziałem się nie tylko jak te restauracje funkcjonują ale ile też zarabiają. Zobaczyłem też każdą kuchnie jak wyglądają i jak pracują w nich ludzie, jakich sprzętów używają. wycieczka trwała prawie cały dzień. Na szczęście w jednej restauracji, w której serwują sushi miałem szansę najpierw nauczyć się jak się je robi i zrobić kilka samemu a później razem ze wszystkimi zjeść. Oczywiście wszystko nadal na koszt firmy. Moi przewodnicy nie chwalili mnie, że sushi które zrobiłem wygląda bardzo dobrze i nie chcieli mi uwierzyć, że robiłem to pierwszy raz a ja jako polaczek nie chciałem im uwierzyć w te pochwały. Mniejsza z pochwałami, najważniejsze dla mnie było to że w końcu mogłem coś zjeść bo po całym dniu takiego zwiedzania byłem już na prawdę głodny. Na samym końcu odwiedziłem plac budowy, gdzie powstaje nowe biuro i główna kuchnia, która ma zaopatrywać restauracje w półprodukty. Kiedy wycieczka dobiegła końca myślałem, że już będzie po wszystkim, ale nie... Kolejny punkt programu to obejrzenie prezentacji multimedialnej firmy o tym jak wygląda teraz i jakie są plany na przyszłość. Muszę przyznać, że mają dosyć ambitne plany bo w ciągu najbliższych 4 lat chcą otworzyć coś koło 30 nowych restauracji. Po obejrzeniu filmiku o firmie, przyszedł sam prezes i właściciel firmy, aby zrobić "krótką" przemowę. Nie mówił nic konkretnego o firmie, ale to dobrze bo znowu słychać tego samego... Zrobił coś w stylu mowy motywacyjnej. Czułem się jak na spotkaniu FM Group, przy całym szacunku do nich. Ludzie, którzy mnie znają wiedza, że takie gadki na mnie nie działają i jednocześnie bawią. Możliwe, że to przez to, że lubię wszystko kwestionować. Prezes skończył swoje przemówienie i już miał być koniec wycieczki, kiedy to na ostatni punkt programu przewidziano pokazanie mi bloku mieszkalnego, należącego do firmy. Muszę przyznać, że całkiem dobre mieszkania i w dobrej cenie. Koniec. Nareszcie. Jedziemy z kumplem na ramen, chwila odpoczynku i na miasto się napić. Taki był plan. Prezes postanowił, ten plan nieco zmienić. Podczas gdy jedliśmy ramen dostaliśmy wiadomość, że chce się spotkać z nami w jednej z jego restauracji po to aby wspólnie coś zjeść i się napić, więc jedziemy. Na miejscu byli wszyscy, najważniejsi przedstawiciele firmy i my. Ważne jest kto gdzie siedzi. Podczas kolacji, rozmowy już bardziej luźne ale nadal w okolicach bieznesu jakiego mieliśmy dobić. Popijawa z prezesem skończyła się koło godziny 21, tak więc cały dzień zleciał, nawet nie wiem kiedy...
Do wycieczki dostałem pełno ulotek i folderów odnośnie każdej restauracji i firmy ogólnie oraz gadżet w postaci ręczniczka z tak mi się wydaje hasłem firmy, które po przetłumaczeniu da nam dobrze znane "nie ma rzeczy niemożliwych".
Niestety nie potrafię powiedzieć nic więcej na temat samego miasta, ponieważ cały dzień wyglądał trochę inaczej niż to sobie wyobrażałem. Potraktowana mnie jak potencjalnego partnera biznesowego a nie zwykłego pracownika. Jeśli ktoś będzie kiedyś miał w planach robić interesy z Japończykami to tak to właśnie wygląda. Tak się robi biznes w Japonii.
Na koniec dnia dostałem ofertę pracy. Bardzo korzystną. Po dłuższym przemyśleniu sprawy postanowiłem ją przyjąć. Wczoraj wysłałem wszystkie niezbędne dokumenty do firmy. Teraz musimy (ja i firma) czekać na decyzję urzędu imigracyjnego na przyznanie dla mnie nowej wizy. Już nie studenckiej a pracowniczej. Jak tylko ja dostanę to rzucam szkołę i przeprowadzam się do Toyohashi. Czyżby koniec biedy?
Sushi, które zrobiłem a następnie zjadłem
Subskrybuj:
Posty (Atom)

