piątek, 8 lipca 2016

Fuji

Fuji, najwyższy szczyt Japonii (3776 m n.p.m.), czynny wulkan, święta góra oraz od 2013 roku góra znajduję się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Dla ciekawostki do roku 1868 na Fuji mogli się wspinać tylko mężczyźni. W 1868 roku Japonia była w okresie tzw restauracji Meiji (wspomniałem o tym trochę przy okazji japońskiej biurokracji), wtedy to przechodziła różne reformy mające na celu upodobnić Japonię do krajów zachodnich, więc pewnie przy okazji zniesienia stanów i wprowadzenia "równouprawnienia" pozwolono kobietom wchodzić na szczyt. Chociaż dostały prawa wyborcze dopiero w 1946 roku.

Jako, że mniej lub bardziej oficjalnie sezon wspinaczkowy na Fuji jest w lipcu i sierpniu to postanowiłem opisać swoją przygodę z tym związaną i może dodać kilka rad od siebie. Na Fuji wspinałem się 3 lata temu, czyli w roku wpisania go na listę UNESCO.  Nie było łatwo, ale to przez moje nieprzygotowanie.
Podróż zacząłem z Tokio. Tam wziąłem autobus, który zabrał mnie na 5 stację, z której dalsza podróż na szczyt miała potrwać około 10 godzin ( według przewodnika).  Na miejsce dojechałem koło godziny 15, zjadłem tam najgorszy w życiu ramen, szybko prośba o bezpieczną podróż w świątyni i na szlak. Na szlaku masa ludzi, dosłownie kolejka jaka zawsze się tworzy w dużych sklepach gdy tylko jedna kasa jest czynna... Do pewnego momentu można sobie z nimi poradzić, ponieważ szlak jest dość szeroki, ale są momenty w których trzeba iść gęsiego i nie ma mowy o przepychaniu się. Chociaż zazwyczaj ludzie robili dla mnie trochę więcej miejsca i mnie przepuszczali. Dodatkowo byłem dla co niektórych Japończyków atrakcją. Obcokrajowców było tam wielu, ale ja wśród nich wszystkich wspinałem się samotnie, więc może to był powód. Niektórzy robili mi zdjęcia, na prawdę. W sumie nie przeszkadzało mi to, a nawet było dosyć zabawnie patrzeć na nich jak starają się to robić z ukrycia.
Najdłuższe przejście między stacjami jest właśnie między piąta a szóstą stacją, później te stacje są niemal co krok. I nie wygląda to tak jak u nas, że pośrodku szlaku stoi jakaś chatka. Na Fuji są to małe wioski. Jestem pewien, że podczas sezon wspinaczkowego te wioski mają więcej mieszkańców niż nie jedna wioska w Polsce. Na poszczególnych stacjach, są sklepiki, w których można zaopatrzyć się w jakieś przekąski, wodę, ciepłą kawę czy herbatę. Oczywiście oferują tam też noclegi, jednak dla mnie było i nadal jest to trochę za drogie. Na Fuji wspina się tylko po to, aby zobaczyć wschód słońca, dlatego wielu Japończyków korzysta z noclegu. Jedną z gorszych rzeczy dla mnie było, że w odróżnieniu do naszych schronisk do których można wejść bez problemu i posiedzieć w środku czy to po to aby zjeść czy odpocząć to do tych na Fuji wejść mogły tylko osoby, które wykupiły nocleg. Było to niemiłe zaskoczenie dla mnie... Zwłaszcza, że gdy słońce zaszło zrobiło się zimno. Zimniej niż się spodziewałem.  Według przewodnika na szczycie miała panować temperatura około 8-10 stopni, więc pomyślałem co to dla mnie, osoby pochodzącej z zimnego kraju (w mniemaniu Japończyków), jednak nie przewidziałem tego, że na pewnej wysokości będzie wiał dosyć silny wiatr. Z jego powodu zimno było bardziej dokuczliwe.
Na szczyt dotarłem sporo przed czasem, nawet mimo moich długich przerw. Koło godziny 22 byłem już na szczycie. Wschód słońca miał być coś koło godziny 5 rano. Miałem dużo za dużo czasu, ale przynajmniej zaklepałem sobie najlepszą miejscówkę. Na szczycie wiatr wiał jeszcze mocniej, więc było mi jeszcze bardziej zimno. W automacie nie było ciepłych napojów... Na chwilę przed wiatrem schowałem się w wychodku, który był otwarty. Chodziłem w około, szukając miejsca gdzie mógłbym schronić się przed wiatrem i chwilę odpocząć od zimna ale niestety. Rano się okazało, że gdyby zawędrował kawałek dalej to bym wpadł do krateru. Kami-sama czuwał. Oprócz walki z wiatrem walczyłem ze snem. Bałem się zasnąć w takich warunkach.
O godzinie 3 schronisko i świątynia na szczycie zostały otwarte. Po długiej walce jak wtedy myślałem walce o życie, kupiłem sobie dużą puszkę gorącej kawy. Do dzisiaj wydaje mi się, że gdyby nie ta kawa to bym dzisiaj tego nie opisywał. W międzyczasie pojawiła się cała rzesza Japończyków. Jak tylko słońce zaczęło się pokazywać z ich strony zaczęły płynąć słowa i okrzyki zachwytu. Najlepsze jest to, że robili to prawie równocześnie. To chyba ten ich grupizm tak ich synchronizuje. Po ogólnym podnieceniu zwykłym/niezwykłym wschodem słońca czas było wrócić. Zejście zajęło mi może 1,5 godziny.
Sama wspinaczka nie była, aż tak trudna jak ją reklamują, chociaż są momenty w których trzeba się "wspinać". Mniej więcej jak czarny szlak na Śnieżkę, tylko bardziej stromo. Tragedii nie było. Tak samo z tym niby rozrzedzonym powietrzem. Wszyscy nakłaniają do kupowania tlenu w puszkach, żeby w razie co móc uzupełnić niedobory, ale ja jakoś specjalnie nie poczułem, różnicy. Jedynym problem był mój brak odpowiedniego przygotowania, czy też nie wystarczająca ilość wiedzy. Przeczytałem w internecie kilka poradników na ten temat ale chyba, żaden nie powiedział jak to do końca może tam być. Wszystkie w sumie zalecały nocleg w schronisku. Miłą rzeczą było to, że mimo mojej samotnej wspinaczki nie czułem się sam, ponieważ razem ze mną wspinało się dwóch Japończyków. Gdy wszyscy już spali w schroniskach na szlaku byliśmy w zasadzie tylko my. Co kilka kroków spoglądaliśmy na siebie, żeby sprawdzić czy wszystko ok. W pewnym momencie jak przystanąłem na chwilę i drugi nie słyszał mnie jak idę, odwrócił się, spojrzał i poczekał aż znowu ruszyłem. Byłem gotowy na wypad w Polskie góry, ale nie na taki wypad. Teraz wiem, że zabrałbym ze sobą dodatkowo ciepły śpiwór, w który mógłbym się zawinąć i jakoś przetrwać oraz ciepłe zimowe ubrania.  Podczas tej przygody dobrze zrozumiałem japońskie powiedzenie, które na studiach musieliśmy przetłumaczyć: kto nie wspiął się ani razu na Fuji ten jest głupi, kto wspiął się na Fuji dwa razy ten też jest głupi.
Chociaż nie wykluczam, że kiedyś to powtórzę, ale tym razem na pewno lepiej przygotowany.


Fuji z 5 stacji

Świątynia na 5 stacji

początki szlaku

kolejka....

6 stacja ponad chmurami 

kolejna stacja, tutaj widać, że szlak jest trochę trudniejszy


zachód

na górze zdjęcia widać poświatę miasta a ten wężyk to ludzie z czołówkami. Oni zapewne spali w schronisku 

brama na szczyt

szczyt Fuji! a pod spodem napis, żeby nie śmiecić

wschód słońca


krater

niedziela, 26 czerwca 2016

Toyohashi

Toyohashi, miasto położone na północ od Kioto w prefekturze Aichi nad brzegiem oceanu. Można powiedzieć, że jest to japońska prowincja, bo jak na tutejsze warunki mimo, że miasto jest mniej więcej wielkości Poznania to uważane jest bardziej za miasteczko. Nie jest to turystyczne miasto, więc nadal można spotkać się ze zdziwieniem i niedowierzaniem ze strony Japończyków na widok białego, co zawsze jest ciekawym doświadczeniem. Mieszkańcy tego miasta mówią bardziej zrozumiałą wersją japońskiego dla mnie co znacznie ułatwia komunikacje. W Kioto wszyscy używają dialektu Kansai co czasem może sprawiać problem. Jednak dialekt Kansai nie jest tak hardcorowy jak dialekt z Okinawy, którego w ogóle nie rozumiem i dla mnie jest jak zupełnie inny język. To jest chyba największy problem studentów japonistyki. Uczysz się przez kilka lat języka japońskiego i okazuję się że tak na prawdę rozumiesz w pełni tylko ludzi z Tokio i okolic.

Wracając do tematu. Do Toyohashi pojechałem odwiedzić mojego kolegę ze studiów a raczej powinienem powiedzieć senpaia, który aktualnie tam mieszka i pracuje. Jego firma to zwykła agencja pracy, która specjalizuje się w ściąganiu obcokrajowców do pracy w Japonii. Oficjalnie byłem zaproszony przez firmę na rozmowę o pracę, ale tak na prawdę dla mnie był to pretekst do spotkania się kumplem, z którym nie widziałem się już kawałek czasu i napicia się. Transport zapewniała firma, jako że oficjalnie jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. W sumie tylko dlatego się zdecydowałem, w innym wypadku nie miałbym tyle pieniędzy, żeby tam pojechać. W niedzielę po godzinie 22 kiedy skończyłem pracę wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Toyohashi. Po przyjeździe szybki browarek i spać, bo następnego dnia miałem mieć rozmowę kwalifikacyjną. Nie bardzo mi i tak na niej zależało, jako że mój główny cel wycieczki był nieco inny. Poniedziałek rano pobudka, kawa i do samochodu. Na miejscu okazało się, że czeka na nas kilku przedstawicieli firmy i bus z kierowcą. W tym momencie okazało się, że zamiast standardowego przesłuchania, będę miał wycieczkę po wszystkich restauracjach jakie tamta firma posiada a trochę ich jest... W każdej restauracji, manager opowiadał nam o dosłownie wszystkim. Dowiedziałem się nie tylko jak te restauracje funkcjonują ale ile też zarabiają. Zobaczyłem też każdą kuchnie jak wyglądają i jak pracują w nich ludzie, jakich sprzętów używają. wycieczka trwała prawie cały dzień. Na szczęście w jednej restauracji, w której serwują sushi miałem szansę najpierw nauczyć się jak się je robi i zrobić kilka samemu a później razem ze wszystkimi zjeść. Oczywiście wszystko nadal na koszt firmy. Moi przewodnicy nie chwalili mnie, że sushi które zrobiłem wygląda bardzo dobrze i nie chcieli mi uwierzyć, że robiłem to pierwszy raz a ja jako polaczek nie chciałem im uwierzyć w te pochwały. Mniejsza z pochwałami, najważniejsze dla mnie było to że w końcu mogłem coś zjeść bo po całym dniu takiego zwiedzania byłem już na prawdę głodny. Na samym końcu odwiedziłem plac budowy, gdzie powstaje nowe biuro i główna kuchnia, która ma zaopatrywać restauracje w półprodukty. Kiedy wycieczka dobiegła końca myślałem, że już będzie po wszystkim, ale nie... Kolejny punkt programu to obejrzenie prezentacji multimedialnej firmy o tym jak wygląda teraz i jakie są plany na przyszłość. Muszę przyznać, że mają dosyć ambitne plany bo w ciągu najbliższych 4 lat chcą otworzyć coś koło 30 nowych restauracji. Po obejrzeniu filmiku o firmie, przyszedł sam prezes i właściciel firmy, aby zrobić "krótką" przemowę. Nie mówił nic konkretnego o firmie, ale to dobrze bo znowu słychać tego samego... Zrobił coś w stylu mowy motywacyjnej. Czułem się jak na spotkaniu FM Group, przy całym szacunku do nich. Ludzie, którzy mnie znają wiedza, że takie gadki na mnie nie działają i jednocześnie bawią. Możliwe, że to przez to, że lubię wszystko kwestionować. Prezes skończył swoje przemówienie i już miał być koniec wycieczki, kiedy to na ostatni punkt programu przewidziano pokazanie mi bloku mieszkalnego, należącego do firmy. Muszę przyznać, że całkiem dobre mieszkania i w dobrej cenie. Koniec. Nareszcie. Jedziemy z kumplem na ramen, chwila odpoczynku i na miasto się napić. Taki był plan. Prezes postanowił, ten plan nieco zmienić. Podczas gdy jedliśmy ramen dostaliśmy wiadomość, że chce się spotkać z nami w jednej z jego restauracji po to aby wspólnie coś zjeść i się napić, więc jedziemy. Na miejscu byli wszyscy, najważniejsi przedstawiciele firmy i my. Ważne jest kto gdzie siedzi. Podczas kolacji, rozmowy już bardziej luźne ale nadal w okolicach bieznesu jakiego mieliśmy dobić. Popijawa z prezesem skończyła się koło godziny 21, tak więc cały dzień zleciał, nawet nie wiem kiedy...
Do wycieczki dostałem pełno ulotek i folderów odnośnie każdej restauracji i firmy ogólnie oraz gadżet w postaci ręczniczka z tak mi się wydaje hasłem firmy, które po przetłumaczeniu da nam dobrze znane "nie ma rzeczy niemożliwych".

Niestety nie potrafię powiedzieć nic więcej na temat samego miasta, ponieważ cały dzień wyglądał trochę inaczej niż to sobie wyobrażałem. Potraktowana mnie jak potencjalnego partnera biznesowego a nie zwykłego pracownika. Jeśli ktoś będzie kiedyś miał w planach robić interesy z Japończykami to tak to właśnie wygląda. Tak się robi biznes w Japonii.
Na koniec dnia dostałem ofertę pracy. Bardzo korzystną. Po dłuższym przemyśleniu sprawy postanowiłem ją przyjąć. Wczoraj wysłałem wszystkie niezbędne dokumenty do firmy. Teraz musimy (ja i firma) czekać na decyzję urzędu imigracyjnego na przyznanie dla mnie nowej wizy. Już nie studenckiej a pracowniczej. Jak tylko ja dostanę to rzucam szkołę i przeprowadzam się do Toyohashi. Czyżby koniec biedy?




Sushi, które zrobiłem a następnie zjadłem

piątek, 24 czerwca 2016

Nagashi soumen

Dokładnie tydzień temu zostałem zaproszony przez mojego znajomego Japończyka na imprezę nazwaną nagashi soumen. Było bardzo przyjemnie i zabawnie. W sumie to potrzebowałem czegoś takiego do odbudowania morale ( podobno nie odmienia się tego wyrazu? Dziwnie to brzmi). Postaram się teraz opisać na czym zabawa polega i jak przebiegała cała impreza.

Nagashi soumen po japońsku oznacza nic innego jak płynący makaron i chyba już więcej nic nie trzeba pisać na ten temat. Soumen to rodzaj bardzo cienkiego makaronu (grubość poniżej 1,3mm) robionego z mąki pszennej. Zazwyczaj podaje się go na zimno razem z tsuyu. Jest to sos zrobiony na bazie płatków bonito i całkiem możliwe, że sosu sojowego. W smaku przypomina bardziej łagodny sos sojowy. Jest to potrawa typowo letnia. Sos którego my używaliśmy nazywa się dokładnie mentsuyu.
Zabawa polega na tym, że w rynnie zrobionej z bambusa płynie woda do której wrzuca się makaron a uczestnicy muszą go złapać za pomocą pałeczek zanim dotrze on do końca rynny i przepadnie. W naszym przypadku na końcu rynny było postawione wiaderko, które w ostateczności łapało makaron za nas. Impreza zaczęła się koło godziny 19, gdy już wszyscy się zebrali, ugotowaliśmy pierwszą porcję makaronu, każdy otrzymał kubeczek z sosem, pałeczki i zaczęliśmy zabawę. Jako opcję dodatkową do sosu można było dodać trochę szczypiorku co podkręcało smak. 
Nie jest to, aż tak trudne jakby mogło się wydawać ale wymaga pewnej wprawy, zwłaszcza jeśli stoimy na samym końcu, gdzie makaron jest już w pełni rozpędzony. Kilka podejść i już można zostać mistrzem nagashi soumen a po kilku takich imprezach będziemy w stanie złapać pałeczkami muchę jak bohater Karate Kid. 
Po kilku wypitych puszkach piwa, jak można było się spodziewać w bambusowej rynnie zaczęły pływać inne niż makaron smakołyki, głównie chrupki i ryżowe krakersy. Był to tzw. level up. Makaron łapie się znacznie prościej.

Całej imprezie towarzyszyły jeszcze gry planszowe i szisza, która chyba ostatnimi czasy zdobywa coraz większą popularność w Japonii. Tamtego tygodnia dostałem od rodziców paczkę z Polski, więc postanowiłem zabrać ze sobą opakowanie krówek. Byłem bardzo zaskoczony faktem, że Japończycy tak bardzo je polubili. Zawsze wydawało mi się, że nasze słodycze będą dla nich za słodkie. 
Jest to dobra alternatywa dla grilla albo jako dodatek to grilla. Sezon grillowy w Polsce już dawno rozpoczęty, więc może warto pomyśleć o takim właśnie spędzeniu sobotniego popołudnia w gronie znajomych. Makaron japoński można bez problemu kupić w Polsce. Pamiętajcie tylko, żeby był to makaron pszenny i najcieńszy jaki znajdziecie. Problem może być ze znalezieniem mentsuyu, ale to można zrobić samemu (link pod postem). Można też wymyślić jakąś Polską wersje nagashi soumen.
Ja wieczór zaliczam jak najbardziej do udanych i polecam każdemu taką zabawę, niekoniecznie w Japonii.