poniedziałek, 6 czerwca 2016

Przypadkowe spotkanie

W końcu zdarzyło się coś ciekawego o czym warto napisać. Szkoda tylko, że nie zdarza się to częściej, albo po prostu to co jest ciekawe postrzegam już w inny sposób.
Wczoraj coś koło godziny 21, kiedy to już powoli zaczynałem myśleć o powrocie do domu do knajpki w której pracuję wparowało ośmiu Polaków. Na początku w ogóle nie zwróciłem na to uwagi, kolejni klienci, ale w momencie jak zaczęli rozmawiać ze sobą dotarło do mnie, że to Polacy. Ciężko mi było w to uwierzyć, że Polacy wparowali akurat właśnie do mojej knajpy kiedy ja pracowałem. Pochwaliłem się od razu właścicielce, że ta grupa ludzi to Polacy. Od razu oddelegowała mnie do wytłumaczenia wszystkiego co znajduje się w menu. Nie byłem tym zachwycony, bo nie bardzo miałem ochotę na kontakt z rodakami, tym bardziej obcymi dla mnie. Doświadczenie z Londynu uczy, że Polak to będzie pierwsza osobą jaka spróbuje Cię wykorzystać, więc pewnie stąd to sceptyczne nastawienie. Mimo wszystko spełniłem swoją rolę. Wytłumaczyłem naszym rodakom praktycznie każdą pozycję z menu, po czym zebrałem zamówienie i wróciłem do kuchni. W międzyczasie zawołali mnie do siebie, żeby polecić im jakieś miejsca godne zobaczenia. Oczywiście zrobiłem to, teraz mam tylko nadzieję, że nie dostanę za to upomnienia, bo przecież opuściłem swoje stanowisko pracy na jakieś 10 minut.
Tak się jakoś, złożyło, że w momencie kiedy ja skończyłem pracę, to oni też postanowili opuścić lokal. Jako, że zauważyli mnie wychodzącego, nie mogłem przejść obok nich tak bez słowa, więc zapytałem dokąd mają zamiar się udać i czy potrzebują pomocy. Nie otrzymałem odpowiedzi, bo od razu zostałem zaproszony na drinka, a przy okazji miałem im trochę poopowiadać o Kioto i Japonii. Powiedzieli, że za wszystko płacą. Dwa razy nie musieli mnie namawiać. Zaproponowałem pobliski bar, ale zdecydowali, że chcą iść do baru w którym byli wcześniej. Dobrze się stało, że nie poszliśmy do "mojego" baru bo to na pewno by nie było miejsce dla takich ludzi. Poszliśmy więc do "ich" baru, który był powiedzmy dla ludzi z grubszym portfelem. Kelner na wejściu powiedział, że jest opłata za sam wstęp a następnie trzeba jeszcze płacić za alkohol. Opłata za wstęp kosztowała 1000 jenów! Pewnie nigdy już tam się nie napiję. Alkohol też nie był wcale taki tani. Przetłumaczyłem im wszystko co kelner powiedział i zapytałem czy chcą iść do innego baru skoro tutaj trzeba płacić za wejście. Nie chcieli. Cena nie robiła na nich żadnego wrażenia. Wtedy pomyślałem sobie, że to nie są zwykli Polscy turyści.
Usiedliśmy na tarasie baru, zamówiliśmy drinki i zaczął się dla mnie maraton pytań. Pojawiły się nawet pytania nie związane z Japonią a bardziej z moją osobą. Na wszystkie pytania odpowiadałem. Obaliłem też kilka mitów. Mam nadzieję tylko, że nie myślą teraz o mnie jak o kimś kto jest bezgranicznie zafascynowany Japonią, potrafię dostrzegać też złe strony tego kraju. Po jakoś mniej więcej godzinie nieustannych pytań i dosyć przyjemnej dyskusji, przeszli do sedna. Okazało się, że wszyscy są biznesmenami mającymi swoje firmy, zarabiającymi sporo pieniędzy. Okazało się, że oczywiście przyjechali tutaj na wakacje, ale szukają też opcji wejścia na rynek Japoński. Upatrzyli sobie mnie jako przyszłego współpracownika, który pomoże im ten cel osiągnąć.Wymieniliśmy się e-mailami, numerami telefonu, powiedziałem że jak tylko będę mógł to pomogę. Atmosfera się nieco bardziej rozluźniła, nie wiem tylko czy to przez alkohol, czy przez to że nasza znajomość weszła na trochę inny poziom. Przez cały wieczór robiłem też za tłumacza, co akurat mi nie przeszkadzało, bo to dobra okazja do potrenowania japońskiego. Po północy jeden z kolegów powiedział, że jego żona ma urodziny. Poprosił mnie, abym zamówił szampana rozlanego do kieliszków i żeby kelnerzy dostarczyli wszystkim te kieliszki. Nigdy chyba jeszcze nie piłem tak drogiego szampana. Butelka kosztowała około 400 złotych! Zupełnie inny smak niż ten co znam, ale co się dziwić gdy zazwyczaj pijało się michela z biedry czy tzw. "ruskiego" szampana za 5 złotych za butelkę.

Po szampanie, jeszcze po jednym drinku i rozeszliśmy się  oni do hotelu a ja do domu. Rachunek końcowy to 60 tysięcy jenów czyli około 2200 złotych, zależnie od kursu. Znowu nie zrobiło to na nich większego wrażenia, a dla mnie jest niemalże mój miesięczny budżet.Tego wieczoru dostałem propozycje zarobku i współpracy, cenę ustalam ja. Pewnie będzie dla nich nieziemsko niska. Na razie mam wybadać rynek i zrobić raport, szczegóły mam dostać na mejla. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem godząc się na to, ponieważ nie mam żadnego doświadczenia jeśli chodzi o badanie rynku. Ja mogę jedynie w miarę sprawnie komunikować się z Japończykami, czy przeglądać Japoński internet. Czas pokaże. Możliwe też, że powinienem zmienić swoje nastawienie do Polaków za granicą.

8 komentarzy:

  1. Carskie Igristoje sie pije :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo, stary. Trzymamy za Ciebie kciuki. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm...Myślę że Marcin Buczkowski też tak zaczynał :-)Ale każdy ma własną ścieżkę. Keep my fingers cross!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ps. Nie ma czegoś takiego jak przypadek...Przeznaczenie, tak ☺

    OdpowiedzUsuń
  5. Ps. Nie ma czegoś takiego jak przypadek...Przeznaczenie, tak ☺

    OdpowiedzUsuń
  6. Całkiem możliwe, że Bruczkowski tak zaczynał. Niestety nie pamiętam już dokładnie jego historii, ale uwielbiam jego sposób pisania i przygody jakie przeżył xD

    OdpowiedzUsuń
  7. "60 tysięcy jenów czyli około 2200 złotych, zależnie od kursu. Znowu nie zrobiło to na nich większego wrażenia, a dla mnie jest niemalże mój miesięczny budżet" -niemalże miesięczny budżet ehh, skądś ja to znam. W Japonii na dłużej pracować to tylko jako bogaty biznesmen. Powodzenia życzę ze współpracą, może wreszcie jakieś godniejsze warunki życia będziesz mógł tam mieć, bo jak tak czytam, to masz znacznie gorzej niż u mnie było, a ja też raczej dość skromne miałam warunki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki!
      Ja żyję nadzieją, że ta miernota niedługo się zmieni na lepsze i odżyję :D

      Usuń