Nie tak dawno temu miałem okazję uczestniczyć, w spotkaniu na którym każdy miał szansę spróbowania swoich sił w sztuce robienia wagashi. Niewątpliwie jest to sztuka, bo z założenia powinno oddziaływać na wszystkie pięć zmysłów.
Na samym początku mieliśmy okazję wysłuchania, krótkiego przemówienia na temat mono no aware (物の哀れ), czyli o japońskiej kategorii estetycznej wyrażającej przemijanie i patos rzeczy. Rozmowa ta akurat była adekwatna do pory jaka nastąpiła w Kyoto, czyli koniec kwitnienia wiśni. Podczas tego przemówienia piliśmy herbatę sakuracha. Jest to nic innego jak kwiat wiśni zalany wrzątkiem. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Herbata oczywiście była dość oryginalna.
Następnie przeszliśmy do innego pomieszczenia, gdzie czekał na nas już mistrz wagashi z przygotowanymi zestawami, koniecznymi do robienia wagashi. Wszyscy usiedliśmy w okół wielkiego stołu i w tym momencie mistrz zaczął swoje przemówienie do nas. Trochę nudne... W zasadzie to cały czas powtarzał, aby robiąc wagashi myśleć o kimś, bo tylko wtedy uda nam się osiągnąć zamierzony efekt. Zabawa zaczęła się, kiedy przystąpiliśmy do działania. Mistrz tłumaczył nam krok po kroku jak wykonać odpowiedni kształt i jak powinniśmy używać niezbędnego narzędzia w tym przypadku jakim był zwykły kawałek drewna o trójkątnym przekroju. Zaznaczam od razu, że nie jest to takie trudne jakby mogło się wydawać, wystarczy posiadać odrobinę zdolności manualnych, więc nie wiem czemu mistrz i inni z grupy tak się zachwycali, moimi efektami. Może to była zwykła uprzejmość Japończyków. Ostatecznie każdy z nas zrobił trzy różne rodzaje wagashi sakura, kwiat słoneczniku i take no ko czyli pędy bambusa, które są jadalne.
Na końcu, wymieniliśmy się po jednym wagashi z osobą, która siedziała na przeciwko nas a następnie mieliśmy zrobić dla siebie nawzajem herbatę. Gdy już każdy miał swój kawałek wagashi i herbatę podarowane przez drugą osobę, usiedliśmy, a miejsce centralne zajął mistrz. Był to moment, w którym każdy kto chciał podziękować za lekcję, mógł to zrobić. Oczywiście większość osób była chętna - Japończycy. Ja tego nie zrobiłem.
Była to świetna zabawa i polecam ją każdemu, kto zechciałby spróbować swoich sił. Koszt całkiem przyzwoity, 1000 jenów. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem, że po chyba trzech latach od zakończenia historii literatury japońskiej nadal pamiętałem te wszystkie kategorie estetyczne, tym bardziej że nie byłem przykładnym uczniem...
wynik mojej zabawy

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz